Człowiek i jego wyjątkowość
Usiąść i pisać. Tak, właśnie to powinienem teraz robić. Choć im dłużej się nad tym zastanawiam, tym mniej wydaje mi się to zwykłym zadaniem. Bardziej przypomina konieczność. Odruch. Lekarstwo. A może nawet coś jeszcze głębszego — próbę zaczerpnięcia powietrza przez tę część mnie, która nie żywi się sukcesami, obowiązkami ani codziennym ruchem świata, lecz potrzebą zrozumienia.
Zastanawia mnie, że właśnie teraz przyszło mi tak intensywnie pochylać się nad własną egzystencją. Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego ta potrzeba okazuje się silniejsza od wszystkich pozostałych?
Zamiast pędzić naprzód, rozwijać się, doskonalić nawyki i nadążać za coraz szybciej obracającym się światem, odczuwam potrzebę skierowania wzroku do wewnątrz. Chcę sprawdzić, czy droga, którą podążam, rzeczywiście prowadzi tam, dokąd zmierzam. A może od dawna biegnę tylko dlatego, że wszyscy wokół biegną razem ze mną.
Od zawsze fascynowała mnie pewna cecha ludzkiej natury. Każdy z nas nosi w sobie głębokie przekonanie o własnej wyjątkowości. Wierzymy, że nasze myśli są niepowtarzalne, nasze pytania szczególne, a droga prowadząca do życiowych odkryć jedyna w swoim rodzaju. Doświadczamy swoich rozterek tak osobiście, że trudno nam uwierzyć, iż ktoś inny mógłby przeżywać je w podobny sposób.
A jednak wystarczy spojrzeć szerzej.
Sąsiad, którego mijam codziennie. Kolega z pracy. Nieznajomy siedzący samotnie na ławce po drugiej stronie miasta. Każdy z nich prawdopodobnie prowadzi własny dialog z istnieniem. Każdy zmaga się z pytaniami o sens, cel, przemijanie, miłość, samotność i własne miejsce w świecie.
Być może różnią nas szczegóły historii, lecz sam mechanizm wydaje się wspólny.
Dlaczego tak jest?
Czy jest to efekt biologicznej ewolucji, która wyposażyła nas w zdolność zadawania pytań wykraczających poza zwykłe przetrwanie? Czy poszukiwanie sensu jest kolejnym etapem rozwoju gatunku, równie naturalnym jak głód, pragnienie czy potrzeba bezpieczeństwa?
Nieustannie analizujemy. Rozbieramy rzeczywistość na części. Kwestionujemy. Szukamy odpowiedzi. Co ciekawe, każda generacja zdaje się rozpoczynać ten proces od początku. Jakby ludzkość przez tysiące lat zgromadziła niezliczoną ilość wiedzy o świecie, a jednocześnie nie potrafiła przekazać kolejnych pokoleniom odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytanie:
Jak żyć?
Jest w tym coś niezwykle paradoksalnego.
Budujemy miasta, tworzymy technologie, sięgamy gwiazd i rozszczepiamy atomy, a jednocześnie każdy człowiek musi samodzielnie przejść przez własny labirynt znaczeń. Tak jakby pewnych prawd nie dało się odziedziczyć. Jakby każda świadomość musiała odkryć je na nowo.
Jeszcze większa ironia kryje się w tym, że niemal każdy człowiek traktuje swoje wewnętrzne poszukiwania jako coś wyjątkowego, podczas gdy mogą one być jednym z najbardziej uniwersalnych doświadczeń naszego gatunku. Tak powszechnym jak oddychanie, a mimo to tak rzadko wypowiadanym na głos.
Być może właśnie dlatego tak wielu ludzi cierpi w samotności. Nie dlatego, że są sami, lecz dlatego, że wierzą w swoją samotność.
A jeśli wszyscy przechodzimy przez podobny proces, to dokąd on prowadzi?
Czy możliwe, że indywidualne ścieżki odkrywania siebie są jedynie fragmentami czegoś większego? Że miliardy osobistych doświadczeń tworzą wspólnie proces, którego pojedynczy człowiek nie jest w stanie dostrzec?
Czasami wyobrażam sobie, że ludzkość przypomina organizm uczący się samego siebie. Każdy człowiek jest komórką zbierającą doświadczenia, zadającą pytania i szukającą odpowiedzi. Większość tych odpowiedzi umiera wraz z nami, lecz część pozostaje — w kulturze, filozofii, religii, sztuce, wychowaniu dzieci i sposobie, w jaki traktujemy innych ludzi.
Może właśnie w ten sposób rozwija się zbiorowa świadomość.
Powoli.
Niemal niezauważalnie.
Jak kropla wody drążąca skałę przez tysiące lat.
Coraz częściej zastanawiam się, czy rozwój duchowy i biologiczny rzeczywiście są od siebie oddzielone. Być może stanowią dwa aspekty tego samego procesu. Być może każda myśl, każde odkrycie i każda próba przekroczenia własnych ograniczeń pozostawia ślad nie tylko w kulturze, ale również w samym człowieku i jego przyszłych pokoleniach.
Jeżeli tak jest, to uczestniczymy w czymś znacznie większym, niż jesteśmy w stanie objąć wzrokiem.
Prawdopodobnie nie będzie mi dane zobaczyć efektów tego procesu. Być może nie zobaczą ich także moje dzieci ani dzieci ich dzieci. Być może potrzeba jeszcze setek, a nawet tysięcy lat, aby ludzkość osiągnęła kolejny próg rozumienia samej siebie.
Pozostaje jednak pytanie, które nie daje mi spokoju.
Czy zdążymy?
Czy nasza zbiorowa świadomość dojrzeje szybciej niż siły wynikające z ludzkiego zagubienia, lęku i poczucia oddzielenia?
Czy nauczymy się dostrzegać siebie nawzajem jako uczestników tej samej podróży, zanim doprowadzimy własny świat do punktu, z którego nie będzie już odwrotu?
Nie znam odpowiedzi.
Być może właśnie dlatego piszę. Siedzę tu, w przekonaniu, że być może uda mi się dostrzec coś wyjątkowego, podczas gdy w rzeczywistości powtarzam gest miliardów ludzi przede mną. I chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tylko uśmiechnąć się do tego paradoksu. Do własnej, arcyludzkiej samotności, która okazuje się tak powszechna, że niemal wspólna.