Złota szata
Przenikam w płaszczu, bogato zdobionym, umykam światłu, by mnie nikt nie dostrzegł. Wymykam się jakby z przyjęcia suto zastawionego, znikam za rogiem, chcę w ukryciu być. Druga strona moja może nie ciemna, inna, może jasna jest ona i rozświetla mnie, nie chowa w ukryciu. Ale inna, tajemna. Chowam się w niej, by sobą być i ze sobą.
Wciąż pragnieniem moim jest, bym wyszedł z całej schowanej mej strony na ulice tego miasta, by dostrzegli mnie nie w szacie lśniącej, a w sercu usłanym złotą czcionką. Ból mi jednak towarzyszy, ból, że nikt nie dostrzegł tego, jakby miał sięgnąć do tajemnicy mojej najlepiej strzeżonej i pragnienia docenienia mnie odkryć.
W ciemnych zaułkach szukam spełnienia dla siebie, w szufladę tworzę różne treści. Nie ujawniam ich, boję się. Strach ten jest tak mocny we mnie, że już prawie nie dostrzegam go w ogóle; jest jakby mną w całości pokryty, a ja nim się stałem. Schowany pod złotą szatą, która widoczna dla świata na co dzień jest i przyjmuje splendor. Ukrywam się pod nią i trzymam swój ból, ból, że tak długo nikt mnie pod nią nie dostrzegł.
A jakby tak na chwilę podjąć wyzwanie, by wyobrazić sobie, że nie chcę już na nią przyjmować wzroku innych, tylko odrzucić ją, wstać i wyprostowanym podążyć bez niej wejść między ludzi? Z otwartą piersią i pokazać, com pod nią stworzył swojego?
O nie, ból jest coraz większy, strach nabiera na sile. Każde spojrzenie, myśl, słowo padające od innych są w mej głowie jak potężne działa niszczące mnie w jednej chwili. Jak pociski przecinające mnie, rozszarpujące. Każdy jeden ma moc zniszczenia, a wszystkie razem zmuszają bym zamroził się, by nie czuć bólu, który mi sprawiają.
A to wyobraźnia tylko, to jeszcze nie wyszło nawet poza krótką myśl, fantazję, pragnienie jakieś.
Długo pewnie jednak nie mogę się chować w ciemnych zakamarkach tych ulic i ukrywać pragnienia swego. Błądzę, wciąż oczekując, że pochwała pracy mojej mnie ukoi i że jej właśnie potrzebuję, by choć uchylić część pragnienia swego. Mierzę się wręcz masochistycznie z potrzebą, by docenionym zostać, bym usłyszał, zgodę dostał, jakby miała ona zmienić coś i nadać mi prawa do twórczości własnej.
A przecież są uczone głowy, intelekty docenione, upasione dumą swoją, odbijające światło za twórczość, jak ja w płaszczu moim złoconym odbieram codzienność, którą stworzyłem, by namiastkę chwały zbierać od świata.
To więc moim inicjacyjnym zadaniem być powinno, jeśli dam prawo sobie, by pomyśleć, że mogę. Tak rozumiem to zdanie, wiem, co napisałem, i jest ono w pełni oddające to, co kryje się za ciemnością, z którą mierzyć mi się przyjdzie.